niedziela, 30 sierpnia 2015

Sprzeczka #06

Gildia to rodzina.

Nie mogłem spać.
Pomijam już kwestię chrapiącego dwa łóżka dalej Myina. Cholera, nic nie powiem nawet na temat tej zniszczonej ściany. Chociaż trzeba przyznać, że znalazł na to sposób. Zasłonięcie dziury zwykłą, prawie przezroczystą firaną było bardzo bystre jak na niego.
I cóż… trochę nieoryginalne. Po Myinie spodziewałem się o wiele więcej. Jak na przykład otoczenie tego wielką, pustą ramą, aby wyglądało jak wielkie okno, z którego przy każdym oparciu by wypadał. Właściwie dla niego to byłoby wspaniałe, w końcu był naturalnym przeciwnikiem wychodzenia przez drzwi. Byłem pewny, prawie w stu procentach, że gdyby ktoś kazałby mu zjeść gwoździe albo wyjść przez drzwi, wybrałby to pierwsze. Mam pewne przypuszczenia, że nawet by mu to smakowało.
Ale dobra, odkładając temat Myina i jego dziwactw na bok. Kto go uczył wiązać bandaże?! Przecież w tym się nawet nie dało oddychać! Przez nawet najmniejszy ruch było mi niewygodnie, a przede wszystkim było mi okropnie duszno. Ale przecież to był sposób bandażowania Myina. Masz ranę na brzuchu? A, strzelę ci dodatkowo na torsie, bo czemu nie.
Ale wciąż, powinienem się cieszyć. Nie wpadł na pomysł, by owijać wszystkie moje zadrapania i siniaki, przez co nie zostałem żywą mumią. To było irytujące, bo myśląc o tym na usta cisnęło mi się ciche „dziękuje”.
Wzdychając podniosłem się do pozycji siedzącej, a łóżko aż zaskrzypiało z wrażenia. Sam byłem zdziwiony, że to poszło mi tak łatwo. Ostatnim razem, jak mnie ogłuszyli w królestwie, to trochę gorzej szło mi dojście do siebie. Dziwne, bo wtedy nikt mi nie wbijał żadnych dzid w bok. Miałem jedynie wrażenie, że zostałem trochę skopany. Trochę bardzo.
Fakt, wtedy nikt się nie zajął moimi ranami i nie brałem żadnych ziółek od psychola Myina. Nie, zaraz, przecież to na pewno nie dzięki niemu tak się czuje. To wyobraźnia, bo przecież ten facet sprawia wrażenie, jakby się przejmował tylko tym, czy jego hodowla mrówek w szafce przeżyje do jutra. Wątpiłem w to, że pomyślałby o czymś takim jak coś na złagodzenie cierpienia.
Ostatecznie i tak za bardzo mnie bolało, żebym dał radę się rozciągnąć, więc zamiast tego spokojnie sobie ziewnąłem. Skrzywiłem się, gdy odczuła to moja posiniaczona szczęka, a następnie spojrzałem w dół na swoją klatkę piersiową.
Po krótkim myśleniu, które nic do mojej pustej głowy nie wniosło, złapałem za materiał bandaża i oderwałem go szybkim ruchem. Uścisk poluźnił się, a ja pierwszy raz ucieszyłem się, że mogę oddychać u Myina. Co było dosyć dziwne.
- Możesz się przestać ruszać? – usłyszałem ciche warknięcie z łóżka po prawej stronie. W oczach Charl jak zwykle świeciła nienawiść do mojej osoby. Nic nowego.
- Chrapanie Myina ci nie przeszkadza, ale moje ruszanie się już tak? – zapytałem z jawną irytacją w głosie.
- Tak – rzuciła bez namysłu i po chwili usiadła, przy okazji wbijając we mnie jedno ze swoich morderczych spojrzeń. – Twój cień się ciągle rusza! Irytuje mnie to.
Typowa księżniczką na ziarnku grochu, tylko że zamiast grochu, ona miała cień. A, no i miała tyle z księżniczka wspólnego, co świnia z koniem. No ale... naprawdę mogła czuć ruch cieni nawet podczas snu? Rany, to serio musiało być okropne.
Dlatego właśnie uśmiechnąłem się i zacząłem ruszać głową na boki, tak samo jak czarna plama na ścianie, tuż za mną. Dziewczyna po chwili zazgrzytała głośno zębami i rzuciła we mnie jedną z pięciu poduszek, jakie sobie zorganizowała. I od razu mówię, nie spała na wszystkich. Pod głową miała dwie, do jednej się przytulała, a kolejne dwie miała pod nogami, a dokładniej stopami.
- Znęcasz się nad ciężko ranną osobą. Jesteś okropna – odparłem teatralnym tonem odrzucając jej poduszkę, która całkowicie przypadkowo uderzyła w tym samym momencie, kiedy otwierała usta. Usłyszałem ciche puf i zachciało mi się śmiać. Poduszka odpadła od jej twarzy jak w jakimś komiksie, dosłownie się odkleiła, lądując z kolejnym cichym puf na zimnej podłodze.
- I kto to mówi – żyłka na jej skroni niebezpiecznie pulsowała, kiedy ja nie mogłem się powstrzymać od śmiechu i zasłaniając usta ręką o mało się nie udusiłem. – Nie masz żadnej rany na głowie! A ja tak! – Zawahała się. – A nie, czekaj, brak mózgu też można uznać za jakąś ranę.
- Mam rozumieć, że wywnioskowałaś to z własnych doświadczeń? – rzuciłem o mało nie dusząc się ze śmiechu. Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w moją osobę dość nieprzytomnym wzrokiem, a po chwili jej twarz przybrała kolor mocnej czerwieni. Jej zawstydzenie było widoczne nawet przy tak słabym świetle, jakie rzucał księżyc przez prawie przezroczystą firanę, która zasłaniała wielką dziurę.
- Spadaj Eucliffe – syknęła odwracając się do mnie plecami i zakrywając się cała białą pościelą. Nie wyglądała wcale jakby miała zamiar iść spać. Pewnie ukryła się, mając nadzieje, że do rana już nie otworzę ust. Ale w tamtym momencie poczułem, że wcale nie mam ochoty robić jak ona chce.
- Rany – westchnąłem zaczesując blond włosy do tyłu. – Rodzice naprawdę nie nauczyli cię kultury.
Parsknąłem, mając nadzieje, że będzie to choć trochę zabawne. Pech albo po prostu moja głupota sprawiła, że dziewczyna wyłoniła się z pościeli, ale z nieco inną miną. Zaciskała usta w cienką linię, a jej wzrok skupił się na jednym punkcie, wyglądała jakby na chwilę się zawiesiła. Przez roztrzepane czarne włosy wyglądała jak pogrążona w wielkim dołku.
- …iemam rodziców… - wymruczała niewyraźnie. Ściągnąłem brwi i zapytałem, czy mogłaby powtórzyć. No i wtedy się zaczęło…
- Nie mam rodziców! – warknęła zaciskając dłonie w pięści i wbijając już całkowicie rozbudzony wzrok w moje oczy. Przez chwile widziałem wiele przeplatających się emocji na jej twarzy. Najpierw była wściekła, potem smutna, a następnie zobaczyłem nikły uśmiech, który przypominał bardziej obłąkany, niż szczęśliwy. Nic nie mówiłem, ponieważ dziewczyna postanowiła kontynuować: - Ktoś taki jak ty pewnie tego nie zrozumie, ale nie mam rodziny, przyjaciół, ani żadnych bliskich. Wszyscy zniknęli gdy byłam mała. Dlatego nie gadaj mi o nich nigdy więcej.
Podkuliła kolana pod samą brodę i otoczyła je ramionami. Naprawdę przez moment starałem się jej współczuć, ale po chwili otrząsnąłem się z tego.
- Oj, bo zaraz zacznę płakać… - oznajmiłem nieprzyjaznym tonem, a Charlotte spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami, które zaszkliły się od łez. Starała się je zakryć dłonią.
- Wiedziałam… - mruknęła w końcu, pociągając cicho nosem – …jednak jesteś okropny.
- Nie, nie jestem – oznajmiłem krzyżując ramiona na piersi i dokończyłem, zanim zdążyła znów wtrącić swoje trzy grosze: - Od razu założyłaś, że nie zrozumiem. A teraz masz do mnie problem, że ci nie współczuje?  Więc o co ci właściwie chodzi?
Zamilkła na chwile. Nie byłem pewny, ale miałem wrażenie, że zrobiło jej się głupio.
- A rozumiesz? – zapytała nieśmiało. Wywróciłem teatralnie oczami i złapałem bok jej łóżka, aby znalazło się bliżej mojego. Pisnęła cicho, kiedy wyciągnąłem swoją dłoń w jej stronę. Zacisnęła mocno powieki, jakbym zaraz miał dać jej w twarz. Cóż, nie powiem, rozważałem taką opcję, ale ostatecznie puknąłem ją tylko lekko w czoło.
- Te, informatorka… Przypominam ci, że sam nie znam swoich rodziców i zostałem wychowany przez smoka, który potem zniknął. To nie jest jakiś powód do rozpaczy – westchnąłem. Charlotte jednak pokiwała głową na boki, jakby chciała wyrzucić moje słowa ze swojej głowy.
- No tak, ale ty masz ludzi po swojej stronie. Masz przyjaciół…
- Szczerze to nie lubię takich uczuciowych pogaduszek – syknąłem, siadając bokiem na łóżku w taki sposób, aby Charl widziała moje lewe ramie. – Ale to nie są moi przyjaciele.
Oczy Blacke rozszerzyły się jeszcze bardziej. Wyglądała jakbym właśnie powiedział coś absurdalnego. Szybko zrozumiałem, o co jej jednak chodzi i lekko się uśmiechnąłem. Wskazałem na prawą stronę jej brzucha.
- Sam zrozumiałem to dopiero po długim czasie… To nie tylko zwykły znaczek, który służy do chwalenia się, że należy się do jakiejś tam wspaniałej gildii. Ten znak pokazuje do jakiej rodziny należysz. Nie może być podziałów na „Twoi przyjaciele” a „Moi przyjaciele”, bo wszyscy powinniśmy się wspierać i sobie pomagać… Czaisz, głupku? – Ostatnie dodałem dopiero po chwili, kiedy zobaczyłem, że dziewczyna znów się zawiesiła.
Charlotte kolejny raz pomachała głową na boki, a na jej twarz wrócił czerwony rumieniec.
- Jak możesz mnie nazywać członkiem rodziny, kiedy wiesz, że jestem tu tylko ze względu na dług?
- Nie ważne z jakiego powodu, dopóki nosisz ten znak, jesteś jedną z nas.
No i po tych słowach znów zniknęła pod pościelą, zakryta po sam czubek głowy. Westchnąłem ciężko, a po chwili również się położyłem, mając nadzieje, że tym razem uda mi się zasnąć. Przez chwilę wpatrywałem się w biały sufit i ciągle rozmyślałem o tym, jak bardzo piecze mnie jedna z ran.
- Dobranoc – usłyszałem nagle z łóżka obok.
- Dobranoc – rzuciłem, siląc się na beznamiętny ton, chociaż wewnątrz zrobiło mi się bardzo miło i przyjemnie. Lector zazwyczaj czekał na mnie, ale gdy tylko miałem się położyć do łóżka już spał jak zabity. Właściwie to pierwszy raz od dawna usłyszałem od kogoś tak zwykłe słowo jak „dobranoc”.
I rzeczywiście, ta noc była dobra, bo wyspałem się jak nigdy.
***

Rano, kiedy się obudziłem, powitała mnie cisza.
Udało mi się wstać i rozejrzeć, chociaż tak naprawdę miałem ochotę poleżeć jeszcze dłużej. Burczenie w brzuchu jednak  dawało o sobie znać.
Charl musiała już dawno się obudzić, bo jej łóżko było puste i pościelone. Właściwie to i dobrze, jakoś nie miałem ochoty z nią teraz rozmawiać. Czułem się głupio. Co mnie opętało, że ją pocieszałem? Może i powiedziałem prawdę, ale mimo wszystko powinienem być na nią zły, wściekły, czy jakikolwiek inny. Nie powinienem jej współczuć.
Już miałem wychodzić, kiedy zastygłem w bezruchu trzymając klamkę. Cofnąłem się dwa kroki i odwróciłem w stronę wielkiej szafy. Zapukałem w grube drzwi, które powoli otworzyły się z piskiem. Wcale się nie zdziwiłem widząc paciorkowe oczy Myina, które świeciły w ciemnym wnętrzu szafy.
- Eee… Nie jesteś głodny… czy coś? – zapytałem, choć i tak dobrze znałem odpowiedź. Myin na moje słowa ściągnął siwiejące brwi w taki sposób, jakbym powiedział coś oburzającego, a następnie szybkim ruchem dłoni złapał za klamkę. Drgnąłem słysząc huk z jakim zamknął drzwi. Cóż, mimo wszystko było to ryzykowne, powinienem się cieszyć, że nie wychodzę z tej wymiany zdań z ani jedną raną. To się dopiero nazywa szczęśliwe rozpoczęcie dnia.
Ruszyłem spokojnie długim korytarzem, a następnie zszedłem po schodach. Na dole już było tłoczno i głośno, a widząc mnie żywego, wszyscy radośnie krzyknęli.
Odszukałem wzrokiem przyjaciół i przepychając się między ludźmi jakoś do nich dotarłem i zająłem miejsce, którego pilnował szczęśliwy Lector. Obok mnie, Rogue rozmawiał o czymś z Froshem, a po jego drugiej stronie Rufus czytał jakąś książkę z zadowoleniem wypisanym na twarzy. Orga gdzieś wybył, ale szybko się dowiedziałem gdzie jest, kiedy usłyszałem dźwięk ustawianego mikrofonu na scenie. Yukino za to siedziała na przeciwko mnie… i wyglądała jakby miała mnie zamiar udusić.
- Coś się stało? – wypaliłem zażerając jakieś jabłko, które znalazłem w koszyku na stole. W sumie było nawet dobre, trochę kwaśne.
- Yukino jest zła na Charl – wtrącił się Lector siedzący między nami na stole, kiedy przyjaciółka z mrocznym wyrazem twarzy zaczęła bawić się kluczem Ophiuchusa.
- Znowu? – zapytałem zdziwiony. Nie pierwszy raz sobie skakały do gardeł. – Daj spokój Yukino, jesteś starsza, zignoruj.
- Sting, błagam cię. Czy ty się słyszysz? Jej się nie da zignorować. – Oh. No tak. Głupi ja, przecież to Charl.
- No dobra, dobra – podniosłem dłonie w geście niewinności. – A o co tym razem poszło?
- Pamiętam, że Charl nazwała klucze Yukino błyskotkami, które lepiej sprzedać, niż z nich korzystać.
 I w taki właśnie sposób moje jabłko prawie mnie nie udusiło, kiedy zacząłem się nim krztusić.
- Moment! – wydusiłem między kolejnymi atakami kaszlu. – Tak po prostu podeszła do ciebie i to powiedziała?
Yukino jakoś dziwnie odwróciła wzrok, a następnie udała, że pytanie nigdy nie istniało. Szybko zmieniła temat:
- Może byśmy poszli na jakąś misje? Dawno nigdzie nie byliśmy całą grupą! – uśmiechnęła się klaszcząc w dłonie. Zmarszczyłem brwi, ale nie zdążyłem jej powiedzieć żeby powiedziała o co chodzi z Charlotte, bo w kilka sekund odeszła od stołu i ruszyła w stronę tablicy z ogłoszeniami.
Westchnąłem i wróciłem do mojego jabłka.
- Odpuść. Od rana taka jest – stwierdził Rogue wywracając teatralnie oczami. – Mam wrażenie, że jedna irytuje drugą samą obecnością. Jest lepiej, kiedy się wzajemnie unikają. Tylko nie wiem, czy dobrze wypaliła z tą misją... no wiesz… twoje rany…
- Będzie dobrze! – wtrącił się nagle Lector. – Sting-kun jest silny i coś takiego nie jest w stanie go pokonać.
Wzruszyłem ramionami, jakby zgadzając się z przyjacielem. Rogue jednak nie był do końca przekonany. Dokończyłem jabłko, a następnie uśmiechnąłem się pokazując kły.
- Stary, jestem tak w formie, że mógłbym cię złożyć w pięć minut.
Ujrzałem ten błysk w czerwonej tęczówce, a następnie wielki uśmiech.
- Taki jesteś pewny, blondasie?
Zazwyczaj lubię być przepisowy, ale jakoś nie miałem w tym momencie ochoty. Niespodziewanie dostał z pięści w twarz, prawie nie spadając przy tym z ławy. Odsunąłem się, a następnie odszedłem od stolika, kiedy ten chciał zaatakować.
 Ludzie pouciekali na boki, kiedy w moją stronę poleciało tornado cienia. Ledwo uniknąłem tego ryku, ale jakoś się udało.
Cheney nagle zniknął. Zamrugałem parę razy zanim zdałem sobie sprawę z tego, że zmienił się w cień. Doszedłem do tego dopiero, kiedy poczułem przeszywający ból w okolicy boku.
Zapaliłem pięść białym światłem i zamachnąłem się do tyłu, ale jedyne co byłem w stanie zrobić to rozmyć ostatnie smugi cienia po przyjacielu, który z łatwością uniknął mojego ataku.
- Pięć minut minęło – zakpił, wracając do swojej dawnej postaci i obserwując jak trzymam się za niby zagojony, ale wciąż bolący bok.
- Milcz – warknąłem, widząc zadowolony uśmieszek na jego twarzy. - Ryk Białego Smoka!
Promień światła wydobył się z moich ust i uderzył go, kiedy w ogóle się tego nie spodziewał. Rogue uderzył w ścianę gildii, powodując na niej liczne pęknięcia. Uśmiechnąłem się, kiedy się podniósł a na jego twarzy zauważyłem zadrapania i siniaki.
- Naprawdę? Dragon Force? – syknął.
Otworzyłem szeroko oczy i spojrzałem na swoje ciało, faktycznie było pokryte w niektórych miejscach białymi łuskami oraz tego samego koloru poświatą. Zdziwiłem się, ponieważ wcale nie chciałem tego aktywować. Gorzej jednak zrobiło się, kiedy nie byłem w stanie zapanować nad tym i przez chwile stałem jak głupi, z panicznym wyrazem twarzy. To nie było normalne. Nigdy nie miałem problemów z Dragon Force, a nagle coś takiego.
Wszystko ustało, kiedy zdążyłem się uspokoić, a przed oczami zobaczyłem pięść pokrytą czarnym cieniem.
- Pięść Cienistego Smoka! – krzyknął Rogue.
Kretyn wbił mnie w podłogę tak mocno, że poczułem metaliczny posmak krwi w ustach. Jęknąłem, kiedy jakimś cudem udało mi się usiąść. Cholera, gdybym wtedy nie spanikował z tym nagłym odpaleniem się Dragon Force, pewnie bym go pokonał. Ale wciąż… to nie było normalne.
Przyjaciel wyciągnął dłoń w moją stronę. Odruchowo zrobiłem obrażoną minę i odwracając głowę przyjąłem pomoc.
- Nie myśl, że wygrałeś! To nie było uczciwe! – mruknąłem jak obrażone dziecko, a przyjaciel starał się nie wybuchnąć śmiechem.
- I mówi to osoba, która odpaliła Dragon Force?
- Już skończyliście? –  zapytała Charl, która pojawiła się znikąd między nami. Zmarszczyłem brwi, bo przerwała nam w rozmowie. Po chwili jednak przypomniałem sobie wkurzoną Yukino i tekst, który podobno rzuciła dziewczyna. – Myślałam, że dłużej wam to zajmie.
- Nie ważne… Charl, co to miało być z Yukino? – zapytałem niezadowolonym tonem. Właściwie nie wiedziałem, która zaczęła, ale przeczucie mi podpowiadało, że to nie mogła być Aguria.
Charl zrobiła wielkie oczy i otworzyła usta, ale nagle drzwi do gildii otworzyły się z hukiem, a w nich pojawiła się białowłosa dziewczyna. Na jej widok mimowolnie zrobiłem zdegustowaną minę, a Blacke schowała się za moimi plecami, sycząc w stronę Weisslogi jak wąż.
Od ostatniego spotkania dość się zmieniła. Długie do pasa włosy, które jak pamiętam były wciąż poplątane, związała w dwa warkocze. Może myślała, że to jej pomoże je ogarnąć? Poszarpany i zakrwawiony strój zniknął, a zastąpił go długi biały płaszcz z różowymi krawędziami i paskami na mankietach. Dodatkowo miała na sobie spódniczkę, co było ciekawe, i jasnoniebieską koszulkę ze znanym wszystkim symbolem.
- Więc tak wyglądasz, jak nie biegasz za ludźmi po całym kraju? – zapytałem krzyżując ręce na piersi. Weisslogia uśmiechnęła się, a następnie spojrzała na Charl, która wciąż na nią syczała, kryjąc się za mną. – Jesteś ich wysłannikiem, czy…
- Dowódca Oddziału Aresztowań – oznajmiła z błyskiem w oku, widząc zdziwienie na twarzach wszystkich z gildii. Każdy zamilkł wpatrując się w białowłosą dziewczynę, która wyglądała na strasznie pewną siebie i dumną z pełnionego stanowiska.
- To by wyjaśniało to całe bieganie za tym czymś – wskazałem na Charl, która chyba wkurzyła się na nazwanie jej tym czymś i podskakując udało jej się mnie walnąć w tył głowy. Jęknąłem teatralnie, udając, że mnie to w jakiś sposób zabolało. Po chwili znów wróciłem do Weisslogi, której spodobały się niedowierzające spojrzenia. Właściwie sam byłem zdziwiony. No bo nie ukrywając, była słabsza niż wielu mrocznych magów, których pewnie musiała chwytać. Ale wnioskując po tym ile czasu łapała Charl można śmiało stwierdzić, że ma dziewczyna cierpliwość. – A czym zawdzięczamy wizytę?
- Ja tam za nic nie jestem wdzięczna – syknęła Charl, mocniej zaciskając dłonie na tyle mojej kamizelki. Weisslogia ją jednak zignorowała, czyli wszystko było po staremu.
- Chciałam sprawdzić, czy zwierzaczek nie sprawia za dużych problemów – powiedziała. Po raz kolejny ich oczy się spotkały, a mordercze spojrzenia nie miałby końca, gdyby nie Yukino.
- Oh, mamy gościa – uśmiechnęła się, trzymając w dłoniach jakąś kartkę. Wesoła mina jednak zniknęła po zobaczeniu Charl, a mi się przypomniało o całej sprawie. Zanim zdążyłem o nią zapytać, musiałem oglądać kolejną.
Czarnowłosa puściła moją kamizelkę i odsunęła się krok ode mnie.
- Patrzcie kto przylazł – syknęła przez zaciśnięte zęby.
- Proszę, nic już nie mów – odpowiedziała i smutna odwróciła się na pięcie i zniknęła w tłumie.
- Charl! – warknąłem, widząc uśmiech na twarzy dziewczyny.
- No co?! – Blacke oburzyła się kładąc ręce na biodrach.
- Mamy później do pogadania – oznajmiłem i pobiegłem śladem przyjaciółki, zostawiając wszystkich w wielkiej sali, która była trochę zniszczona. No dobra... trochę bardzo.
I tak właśnie szczęśliwy poranek zapowiadał się zmienić w bardzo długi dzień.

***
Tak, wiem. Mina zła, Mina nie pisała 6 tyg (?), Mina powinna dostać baty.
PRZEPRASZAM :__:
Miałam dużo spraw do załatwienia i dalej mam wiele, ale już cichutko, już jest dobrze i postaram się wstawiać rozdziały szybciej ^^

piątek, 10 lipca 2015

Liebster Award



Dziękuje Nevada-chan za nominacje, nie spodziewałam się. xD
Zasady są proste i wszystkim znane: 11 pytań i 11 nominowanych, których grzecznie postaram się poszukać, ponieważ większość osób już zaspamiłam przez drugiego bloga. :P
Nie przedłużając:

Pytania od Nevada-chan:

1. Ulubione zwierze?
Wahałam się pomiędzy psem, a szczurem, ale moje ukochane skarby pobijają wszystkich na głowy i wybieram szczura.

2. Czy wiesz gdzie będziesz i co będziesz robić za 24 godziny?
Będę w domu i będę grać. :P Jestem mianiaczką gier MOBA.

3. Do jakiej szkoły uczęszczasz: gimnazjum, liceum...?
Po wakacjach idę do ostatniej klasy gimnazjum.

4. Czego nie lubisz w swoim ulubionym anime lub mandze?
Mimo że kocham Fairy Tail, to wiele rzeczy mi się nie podoba. I tu nie chodzi o kwestię fabuły, czy kreski. Już od któregoś tam odcinka zaczęło mnie irytować to, że nie ważne jak potężny jest przeciwnik, i nie ważne jak bardzo Natsu na początku dostaje od niego za przeproszeniem... w dupę, to i tak wszystkich ratuje. Frenszip pałer ~~
Drugą z tych bardziej denerwujących rzeczy jest to, że można sobie pomijać nudne wątki (które nie są fillerami), bo i tak właściwie nic nie stracimy i po kilku odcinkach ogarniemy o co chodzi. Wiecie, mam na myśli to, że wciąż ta sama drużyna, prawie nikt nie umiera, a po za tym ma się czasem wrażenie, że bohaterowie o wszystkim zapominają.
Dobra, koniec hejtu. Tak jak wspomniałam na początku: Fairy Tail kocham i jest wspaniałe. Kropka.

5. Jeśli twoje opowiadanie się zakończy masz zamiar pisać dalej?
Nie myślę o takich sprawach. ^^ Ja piszę jak poczuje, że chomik w mojej głowie zaczął biegać w kołowrotku. Dostaje weny i nawet jeśli opowiadania się kończą (ta jasne, jeszcze żadnego nie skończyłaś), to szybko znajduję natchnienie na następne. 

6. Jeśli miała byś być owocem to jakim?
Gruszka... Gruszki są fajne (ω)

7. Co sadzisz o mnie?
Piszesz super, masz Levy na awatarze (a Mina lubi Levy ~, dobry gust), no przede wszystkim czytasz mojego bloga, więc musisz być bardzo cierpliwą osobą.

8. Co sadzisz o sobie?
Ruda (farbowana) s**a. Wait... A właściwie to nie wiem. Jestem trochę wredna, bo przy pierwszym spotkaniu obrażam ludzi, nawet o tym nie wiedząc. Trochę nieśmiała i zaradna, bo nie lubię zawracać innym dupy np. o szablon do bloga czy jakieś inne duperele, wolę się tego sama nauczyć. A no i chyba za bardzo wrażliwa.

9. Co byś zmieniła jeśli byś mogła żeby Polska była lepszym krajem?
Nic. Niech wszyscy spłoną .__.
Coś czuje, że nie nadawałabym się do polityki.

10. Czy masz rodzeństwo?
Starszego brata.

11. Jeśli byś mogła zrobić wszystko w danej chwili co to by było?
Poszłabym stać T.T (nie jestem zbyt kreatywna), bo zarywam nocki, ponieważ najlepiej się wtedy pisze.

Jedna misja #05

Bez jaj. Jesteś facetem i się boisz? Przecież to takie... normalne.


- Chodź ze mną na misję – powiedziała Charl kładąc łokcie na stole przy którym właśnie jadłem. Wpatrywała się we mnie przenikliwym wzrokiem, który aż krzyczał, że mam się zgodzić.
- O, cześć Charl – przywitał ją wesoło Lector i po chwili przybili sobie żółwika. Bez jaj, nawet jego przytargała na swoją stronę? – Możemy iść.
- Dziękuje za danie mi prawa głosu w tej sprawie – mruknąłem nieprzyjaźnie. Exceed nerwowo się zaśmiał, a czarnowłosa wyprostowała się kładąc dłonie na biodrach.
Jej obecność, tak jak na początku była prawie niezauważalna, tak teraz stawała się irytująca i nieznośna. Ostatnio zrobiła wielką imprezę w gildii, potem doczepiła się prawie do wszystkich istniejących tu grup, by zebrać trochę kasy za zadania, a ostatecznie zaczęła mnie nachodzić przy każdej okazji, pytając o wyjście na misje.
No ale nie mogłem jej wywalić. Właściwie tylko polepszała stosunki wewnątrz gildii, no i płaciła kasę, próbując spłacić dług, jakim zostaliśmy przez nią obarczeni. Po tych kilku miesiącach, zdarzyła się z wszystkimi zaprzyjaźnić i jakoś każdy ją lubił.
Tylko mnie wkurzała. Może to przez tą męską dumę? Jasne, chyba męską kupę. Nawet ja nie chowam tak długo urazy do jednej osoby.
- Spasuje – powiedziałem krótko wstając. Nauczyłem się, że krótkie odpowiedzi sprawdzają się najlepiej w rozmowach z nią. Nadmierne wyjaśnianie otworzyłoby tylko drogę do dłuższej rozmowy, dzięki której udałoby się jej w końcu mnie na coś namówić.
- Lector! Pomóż mi! – jęknęła błagalnym tonem, a na odwróciłem głowę w ich stronę. Przyjaciel zaczął urywać śmiech.
- Mieszkamy w jednym pokoju, muszę trzymać stronę Sting-kuna – tak trzymaj Lector! Nie daj się jej! To wszystko to tylko podstęp. Pewnie jeśli się zgodzę, to pójdziemy z nią na misje i będziemy wykonywać całą robotę za nią. Taka opcja nie wchodziła w grę.
Czarnowłosa zmarszczyła brwi, a następnie spojrzała w moją stronę. Położyła palec na ustach.
- No proszę – mruknęła. – Jeśli pójdę sama, to na pewno mi się coś stanie.
Machnąłem na to ręką.
- Miłego umierania w takim razie – rzuciłem otwierając plecami drzwi od kuchni. Teoretycznie mieliśmy ludzi od gotowania i takie tam, ale jakoś tak się złożyło, że jadłem zazwyczaj kiedy nikogo nie było. Więc sprzątać po sobie też musiałem sam.
Charl podążyła za mną jak jakiś irytujący prześladowca, a Lector tuż za nią. Starałem się przez większość czasu ją ignorować, ale kiedy usiadła na blacie obok zlewu mimowolnie na nią spojrzałem. Znowu wbiła we mnie swoje błagalne spojrzenie.
- Jesteś niemiły – stwierdziła.
- A ty natrętna – teraz będziemy rozmawiać o naszych wadach? Dobrze, tylko trochę nam to zajmie, bo lista jest długa.
Zakręciłem wodę i szybkim krokiem wyszedłem z kuchni. Oczywiście, razem z moją jęczącą kulą u nogi. Zamknąłem oczy, idąc na pamięć przed siebie.
- Sting noo… Sting… Sting… Sting… - powtarzała to w kółko, jak jakąś cholerną mantrę. Otworzyłem już oczy, kiedy zdałem sobie sprawę, że opuściliśmy jadalnie i weszliśmy na korytarz. Lector podleciał do mnie, chcąc coś powiedzieć. Domyśliłem się, że chodziło o to coś czarne z tyłu.
- A może jednak? – no i cała nadzieja w chociaż jednego przyjaciela poszła… nie powiem gdzie.
- Lector błagam cię, ty też? – zrobiłem skwaszoną minę przyglądając się przyjacielowi, który widocznie sam nie był pewny swoich słów. Po chwili jednak wzruszył łapkami i powiedział:
- No dalej Sting-kun, co ci szkodzi? Może będzie fajna zabawa?
Zabawą mógłbym nazwać oglądanie jak Charlotte ciężko zarabia na misjach pieniądze, ale nie to, kiedy ja walczę, a ona zabiera połowę hajsu.
- Sting, masz chwilę…
- No co znowu? – warknąłem słysząc dziewczęcy głos, zaraz potem ugryzłem się w język widząc stojącą obok mnie Yukino. W dłoniach trzymała jakieś papiery. Na jej twarzy malowało się wielkie dziwienie. – Oh, przepraszam.
- Nic nie szkodzi – zamrugała. - Dziwnie cię widzieć tak z samego rana nie w humorze. – Stwierdziła. Wskazałem na stojącą za mną Charl. Yukino chyba jej wcześniej nie zauważyła, bo otworzyła szerzej oczy, a następnie pokiwała twierdząco głową. Wróciła wzrokiem do papierów, które mi podała. – Tu jest ten raport na spotkanie Mistrzów, o który prosiłeś.
Wciąłem go w ręce i przekartkowałem. Pierwsza dobra wiadomość tego dnia. Samemu nie chciało już mi się tego robić, a Yukino jako jedyna zaproponowała pomoc. Tu było tyle kartek, pisanych zresztą ręcznie, że wiedziałem bez pytania, że musiała nad tym długo siedzieć.
- O rany Yukino, ratujesz mi tyłek. Naprawdę, dziękuje ci. Nie mam pojęcia, co bym bez ciebie zrobił – uśmiechnąłem się z wdzięczności. Dziewczyna dziwnie umilkła, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce, które jakoś dobrze wyglądały na jej bladej buźce i przy jej jasnych włosach.
- T-To nic takiego… – powiedziała speszona i po chwili odeszła. Miałem dziwne wrażenie, że razem z Charl wymieniła się spojrzeniami, ale jakoś nie chciałem w to wnikać.
Wspomniana wcześniej czarnowłosa po raz kolejny mnie zaskoczyła, wskakując mi na plecy i zawieszając dłonie na mojej szyi. Czy ona naprawdę, nie miała problemów z robieniem czegoś takiego? Zmarszczyłem brwi patrząc na jej rozbawioną minę, a potem złapałem ją jedną ręką za koszulkę i podciągając do góry, zdjąłem ją z siebie bez problemu.
- Precz – rzuciłem.
- Chyba mi nie wyskoczysz teraz, że jesteś zajęty.
Zawiesiłem się na chwilę, nie wiedząc o czym ona mówi. Uniosłem trzymany raport do góry z pytającym wyrazem twarzy. Westchnęła widząc, że chyba nie ogarniam. Co dziwne, Lector również się do niej przyłączył.
- Chodziło mi ogólnie – rozłożyła ramiona. Po chwili wyglądała tak, jakby zapaliła jej się w głowie żarówka. Niespecjalnie jasna. – Może nie chcesz iść ze mną na misję, bo się boisz, że twoja dziewczyna się dowie?
- Oh, Sting nie ma dziewczyny – powiedział wesoło Lector. Przejechałem dłonią po zmęczonej twarzy. Czemu nagle z rozmowy o misji, zeszliśmy na moje życie towarzyskie? – Zawsze z nim zrywają szybciej niż tydzień.
- Cud, że dzień chociaż wytrzymały – parsknęła Charl.
- Odezwała się. Sama nikogo nie masz – zauważyłem. Dziewczyna momentalnie się zarumieniła i zrobiła minę obrażonego dziecka, nadymając poliki.
- T-To nie twoja sprawa – ale moje związki to już jej, tak? – Jedna misja. – Znowu zaczęła.
Odwróciłem się do niej plecami, starając się ją na nowo ignorować. Szło mi coraz lepiej, bo nie ważne jak bardzo mnie dźgała w żebra, czy krzyczała moje imię, dzielnie szedłem do przodu. Potem nastąpił ten moment w jej proszeniu, kiedy wchodziła w różne cienie na korytarzu i wyskakiwała mi tuż przed twarzą. Magowie cienia byli nieznośni. Znaczy, Rogue nie był. Ale Rogue nie był zwykłym magiem cienia, tylko Smoczym Zabójcą. To nie to samo, prawda?
- Widzę, że się znowu dobrze bawicie – powiedział Rogue pojawiając się nie wiadomo skąd. Ten to ma zawsze wyczucie. Czy on ma jakiś radar w głowie? Pojawia się zawsze jak o nim mówię, albo wspominam.
- Czy ta twarz ci wygląda, jakby się dobrze bawiła – wskazałem na siebie.
Nie odpowiedział, ponieważ Charlotte teraz do niego się przykleiła. No dobra, nie dotknęła go, ani nic z tych rzeczy, po prostu stanęła wpatrując się mu w oczy. Potem pokazała palcem na mnie, a ja trzepnąłem ją w dłoń. Co ja jestem, jakaś rzecz na wystawie?
- Namów go. Jedna misja.
Rogue uniósł brew.
- A co ja jestem, jego niańka? – odpowiedział, nagle poirytowany. Stłumiłem uśmiech.
- Nie wiem, może. Ale się przyjaźnicie i masz na niego większy wpływ niż ja! – Teraz to się po prostu zawzięła. Obaj wymieniliśmy spojrzenia.
- Fro też tak myśli! – wtrącił się Frosh stojący na ziemi obok Lectora.
Rogue skrzyżował ręce, a potem spojrzał lekko w bok. Nie mówcie tylko, że przez słowa kota zmienił całkowicie nastawienie do sytuacji.
- Właściwie, to i tak pewnie nie masz nic do roboty, więc co ci szkodzi?
- Ty zdrajco – powiedziałem bezgłośnie, samym ruchem warg. Lector w tym samym czasie podleciał do mnie i wyrywając papiery, podał je Charl, która następnie rzuciła je do Frosha. Ostatecznie dostał je Rogue. Z westchnieniem pełnym irytacji oparłem się o ścianę i wbiłem morderczy wzrok w czarnowłosą. – Jedna misja.

***
- Kogo dziś pokonamyy… - zanuciła Charl z uśmiechem na ustach. Lector już dawno postanowił się do niej przyłączyć. Śpiewali, śmiali się i czasem, jak im do końca odbiło, tańczyli. Dobrze było widzieć Lectora w takim nastroju. Mniej więcej dlatego nie kazałem im się przymknąć jakąś godzinę temu. Zgodziłem się też dla niego, a nie dlatego, że to marne proszenie dziewczyny zadziałało. Tak, wszystko robiłem tylko po to, by ten kociak miał chociaż trochę rozrywki, bo przy mnie ostatnio ciężko było jej szukać. Właściwie to trochę mnie to gryzło, że potrafi się on tak śmiać przy Charl, a nie przy mnie. To chyba była ta cała zazdrość. Rany, ile ja miałem lat by być zazdrosnym o kota?
- Ej, nudziarzu! Przysypiasz tam z tyłu – rzuciła Charl zatrzymując się i odwracając w moją stronę z rękami na biodrach.
- Nie wyspałem się. Po za tym przypominam, że to ty tak nalegałaś, żebym szedł – wzruszyła ramionami, niechętnie przyznając mi racje. Znowu spiorunowaliśmy się spojrzeniami. Rany, co tej lasce tak wszystko we mnie przeszkadzało?
- No, już już… - powiedział spokojnie Lector, próbując nas uspokoić. – Nie kłóćcie się teraz, jeszcze tylko kawałek.
Fuknęliśmy pod nosem w tym samym momencie. Lector miał racje, nie powinniśmy sobie teraz skakać do gardeł. Będziemy na to mieli czas po misji. Albo w trakcie walki. Nie wiem.
Mieliśmy odwiedzić jedną z mrocznych gildii i subtelnie im wytłumaczyć, żeby lepiej spadali i nie naprzykrzali się mieszkańcom miasta znajdującego się obok nich. Może będę jej wypominać każdy błąd podczas walki? Nie, to byłoby za piękne. I niestety musiałem przyznać, że nierealne, bo walczyć umiała. I to podobno cholernie dobrze.
Charl podczas mojego chwilowego zawieszenia zdążyła zrobić kilka kroków i po chwili stanęła pod jakimś wielkim drzewem, sfrustrowana, że nie pobiegłem za nią jak jakiś lizusowaty szczeniaczek. Czyli jak większość facetów, która za nią latała.
- Eucliffe! – wrzasnęła zaciskając zęby.
- Blacke! – odwrzasnąłem, wykpiwając dziwne przyzwyczajenie do zwracania się do towarzyszy po nazwisku.
Lector westchnął kiedy ruszyliśmy w stronę dziewczyny, która podeszła do jakiś krzaków i kucając zaczęła za nie wyglądać.
- Z wami to trochę jak z dziećmi – stwierdził. Nabrałem powietrza w usta, chcąc rzucić jakimś argumentem, że to ona zaczęła, ale jedynie bym to potwierdził. I to w najbardziej oczywisty sposób.
Zatrzymaliśmy się przy niej, a ta szybko złapała mnie za kamizelkę, a Lectora za skrzydło, ściągając nas obu w dół. Zanim zdążyłem się o cokolwiek zapytać, odgarnęła krzaki i pokazała kiwnięciem głowy, bym spojrzał. Uniosłem brwi. Znajdowaliśmy się na jakiejś skarpie i wszystko widzieliśmy z góry wręcz doskonale. Wśród wielkiego lasu, który strasznie mi walił jakimś spalonym żarciem, dostrzegliśmy zamaskowany budynek, a właściwie sam jego dach. Powiewająca na wietrze flaga ze znakiem gildii była potwierdzeniem, że to właśnie jej szukaliśmy. Zdziwiłem się jednak, ponieważ droga jaką nam opisywali mówiła, abyśmy skręcili właśnie obok tych  krzaków w przeciwnym kierunku.
- Nie wyglądają, jakby się nas spodziewali – zauważyłem.
-Wielka wbita z zaskoczenia, to lubię – uśmiechnęła się, a w jej czerwonych oczach zauważyłem iskierkę podniecenia. Również się uśmiechnąłem, pierwszy raz mieliśmy o czymś takie samo zdanie.
Moje ciało pokryło się białym światłem, uderzyłem pięścią o drugą, otwartą dłoń.
- No to lecim z tymi słabiakami.

Dzięki walce z tymi pseudo magami poczułem się jakoś lepiej, a no i przede wszystkim całe zmęczenie momentalnie odeszło. Uwielbiałem walczyć, co wcale nie było żadną tajemnicą. Najbardziej jednak cieszyło mnie, kiedy przeciwnik był na moim poziomie lub nawet i wyższym. Takie płotki, jak te w tej niby wielkiej, mrocznej gildii, to było nic.
- Ryk Białego Smoka! – krzyknąłem wypuszczając z ust promień białego światła, który uderzając w grupę mrocznych magów nieźle ich poturbował. Uśmiechnąłem się, widząc ich prawie nieprzytomnych po czymś takim. Naprawdę, nawet nie musiałem używać Białego Napędu do tego wszystkiego. Czy oni naprawdę, starali się walczyć i bronić tej gildii? Zapewne nie, po co mieliby to robić? Przecież w mrocznych gildiach znajdują się same ścierwa, gotowe zostawić swoich towarzyszy w każdym momencie.
- Zwolniłeś tempo! – rzuciła do mnie Charl, a następnie odwróciła się gwałtownie w stronę grupki mrocznych magów. – Cięcie Cienia!
Czarne ostrza poleciały w stronę naszych przeciwników, mocno ich przy tym kalecząc.
Większość odniosła parę krwawych ran, niektórzy zemdleli, ale tak naprawdę nikt nie umarł. Nie mogliśmy ich zabić. To był jedyny warunek, by móc napadać na mroczne gildie. W sumie to było bez większego sensu, że byli przestępcami, a i tak ich pyski chroniło takie małe prawko.
Po za tym, oni nie mieliby jakiś wielkich skrupułów, by nas zabić. Znając życie, gdybyśmy byli słabsi, albo oni bardziej silniejsi, leżelibyśmy na tych deskach, wykrwawiając się na śmierć. Takie było życie na tym świecie.
- Sting! Uważaj! – krzyknął Lector, kiedy akurat uderzyłem pokrytą światłem pięścią w twarz jakiegoś maga. Gwałtownie odwróciłem się do tyłu i rzucając pierwsze lepsze przekleństwo, udało mi się cudem ominąć gigantycznej łapy jakiegoś faceta.
Uderzenie, jakie wywołał było tak silne, że stojąca obok mnie Charl upadła z cichym piskiem na ziemię.
- Chyba mamy główny punkt programu – uśmiechnąłem się obserwując umięśnionego mężczyznę, od którego czuło się wydobywająca magię. Był zdecydowanie silniejszy, niż te wszystkie popychadła przed nim. No cóż, zobaczymy jak sobie poradzi z trójką magów z Sabertooth.
- Sabertooth – mruknął niskim głosem. Słysząc z takich obrzydliwych ust nazwę mojej gildii, poczułem silną potrzebę przywalenia mu w twarz. – Śmialiście zaatakować moją gildię.
- Cóż, to nie było zbytnio trudne – zaśmiała się Charl kopiąc w bok jednego, ze zwijających się z bólu mrocznych magów. Tak jak myślałem, koleś się nawet tym nie przejął i jedynie parsknął pod nosem na ten widok, jakby potwierdzając, że ci ludzie naprawdę są słabi.
Po chwili zrobił coś, co wywołało u mnie i u dziewczyny odruch wymiotny. Uniósł do góry dłoń ze zgiętymi palcami, a pod ciałami leżących magów pojawiły się ciemnofioletowe lance, które przebiły ich ciała. Niektórym trafiło nawet w serce, wiedziałem to, ponieważ każde zawisło na końcu lancy, mocno przy tym krwawiąc.
Złapałem się za brzuch. Ścisnęło mnie w żołądku czując ten unoszący się w powietrzu zapach posoki. Zacisnąłem zęby spoglądając na stojącego przed nami człowieka, który widząc śmierć swoich towarzyszy, miał uśmiech na twarzy.
- Ty sukinsynu… - wyjęła mi z ust czarnowłosa. Cholera, a miała być to taka łatwa misja. – Czy to nie byli twoi ludzie?!
- Skoro byli słabi, to po co mieli w ogóle żyć? – Przed moimi oczami pojawiła się postać Jiemmy, który sam głosił te idiotyczne słowa. Zacisnąłem dłonie w pięści czując jak ogarnia mnie wściekłość.  Nawet nie wiedziałem kiedy, moje ciało po prostu zaczęło się ruszać i bez większego pomysłu, rzuciłem się na maga, korzystając przy tym z Białego Napędu.
 - Szpony Białego Smoka! – wrzasnąłem, prawie zdzierając sobie przy tym gardło. Kumulując światło w dłoni, uderzyłem nim w byle jakie miejsce na jego ciele, grawerując na nim znamię na skórze, które powinno ograniczyć jego ruchy do minimum.
No właśnie, powinno.
Moje ciało przeszedł paraliż, kiedy zobaczyłem, jak zaklęcie, które działało na samego Natsu Dragneela, po prostu nie działa.
Mężczyzna bez większego problemu wyciągnął dłoń w moim kierunku. Wiedziałem, że zaraz wyrosną pode mną lance, ale nie mogłem się w żaden sposób zmusić do ruchu. To było tak, jakby moje własne zaklęcie przeniosło się na mnie.
- Ruszaj się frajerze! – wrzasnęła głośno Charl, popychając mnie. Oboje upadliśmy na ziemie i daleko się przeturlaliśmy, omijając ataki maga. – Walcz z nim, a nie się stoisz i się boisz jak jakaś przerażona dziewczynka! – Warknęła szybko wstając i wchodząc w postać cienia, zaczęła atakować niewrażliwego na nic przeciwnika.
Co ja właściwie robiłem? Już tak dawno nie walczyłem z kimś potężniejszym, że zapomniałem o tym, że cały świat nie kończy się na Natsu. Może i był potężny, ale nie on jedyny. Tak jak powiedziała Charl, powinienem się wziąć w garść i walczyć.
Nagle usłyszałem cichy krzyk dziewczyny i zobaczyłem jak uderza w jedną ze ścian. Znowu poczułem to ściśnięcie w żołądku, tylko tym razem nie z powodu obrzydzenia, a przerażenia. Mogłem sobie mówić co chciałem, ale ona ostatecznie była członkinią mojej gildii i martwiłem się o nią jak o każdego.
Złapałem Lectora i szybko przeniosłem go w jakieś bezpieczniejsze miejsce w taki sposób, aby ten bydlak go nie zauważył. Jeszcze mi tego brakowało, żebym musiał przeżywać jego stratę ponownie. Tylko teraz prawdziwą.
 - Święty deszcz! – Krzyknąłem gromadząc w złączonych dłoniach kulę światła, która po rzuceniu do góry uwolniła z siebie wiele promieni.
Mag nie stał tak jednak i się nie przyglądał jak dostaje ode mnie w dupę. Nie zdarzyłem nawet zareagować, kiedy ruszył na mnie z niebywałą szybkością, uderzając mnie w podbródek.
Cholera, ból był porównywalny do tego, przy rozwaleniu czaszki. Nie żebym wiedział, jakie to uczucie, ale na pewno okropne.
Mocny ból w boku odebrał mi oddech. Krzywiąc się i krzycząc spojrzałem we wspomniane miejsce, dostrzegłem jak ciemnofioletowa lanca przebiła w tym miejscu moje ciało na wylot. Krew zaczęła wypływać z rany dopiero po zniknięciu dziwnej materii. Jednak gdy to się stało rozdzierający ból przeszył mnie, że nie byłem w stanie nic innego zrobić, niż tylko głośno krzyknąć po raz kolejny.
Tak bardzo starałem się skupić, zablokować cierpienie, które wyciskało mi łzy z oczu i mąciło wzrok. Przerażała mnie jednak moja bezsilność w tej sytuacji. Widziałem, jak przeciwnik podchodzi z ranami na ciele od moich i Charl cięć, ale na jego twarzy nie było widać żadnego wyrazu męki.
Zdjąłem zakrwawioną dłoń z rany, próbując zebrać w niej choć odrobinę światła do obrony. Mężczyzna w tym samym momencie kopnął mnie w nią, zmuszając do opuszczenia. Cholera, naprawdę nie mogłem nic zrobić. Nie chciałem myśleć o tym, ze zaraz zginę. To by mnie jedynie jeszcze bardziej zmusiło do poddania się. Ale naprawdę, nie mogłem w tym momencie myśleć o niczym innym!
- Czemu wciąż starasz się walczyć, skoro wiesz, że przegrasz? – no właśnie. Po co? – Poddaj się i zgiń!
Nieludzki ryk – wściekły i bolesny – odbił się echem od ścian budynku, zatrząsł odłamkami lezącymi na ziemi i zawirował w moim umyśle.
- Czy ty myślisz, że jeśli jesteś silniejszy, to znaczy, że się poddam? – uśmiechnąłem się, przerywając mu chwilę radości z pokonanego przeciwnika. Spojrzał ze zdziwieniem jak szybko wstając uniknąłem jego wystających z podłoża lanc. Białe światło pokryło całe moje ciało. Zaklęcie wspomagające poprawiło moją zdolność gojenia się ran i przebity bok wyglądał już lepiej, jednak wciąż wypływał z niego stożek krwi. Omiotłem wzrokiem pomieszczenie, spoglądając na schowanego za głazami i zapłakanego Lectora. - Ja nie walczę, bo chce wygrać. Ja muszę wygrać.
- I w końcu gadasz jak facet! – parsknęła podrapana na całym ciele Charl. Mężczyzna odwrócił głowę w jej stronę. Wtedy właśnie miałem okazje zaatakować.
Przykucnąłem lekko na nogach, przyjmując charakterystyczną postawę, po czym zgromadziłem światło w rękach. Po krótkim czasie uwolniłem je krzycząc:
Święty Promień! – liczne promienie światła skierowały się w jego stronę, każdy z innego punktu. Pierwszy raz tak naprawdę zobaczyłem, że ten goryl coś odczuwa.
Charl podskoczyła do góry, zmieniając swoje ciało w cień, który następnie stał się małym tornadem, pełnym czarnych ostrzy.
Po tym podwójnym ataku zobaczyliśmy jak ciało maga jeszcze drży, a następnie upada, głośno uderzając twarzą o podłogę. Na jego skórze było pełno małych, jak i większych ran z których powoli zaczęła się sączyć szkarłatna ciecz. Jednak żadna z nich nie była na tyle głęboka, by była śmiertelna.
Skrzywiłem się z bólu. Cholerne zasady. Było własnie tak jak powiedziałem. Mroczne gildie chcą i mogą nas zabić jak i kiedy tylko chcą, kiedy my nie możemy im zrobić właściwie nic, oprócz tłuczenia do nieprzytomności.
- Sting-kun! – wrzasnął zapłakany Lector podbiegając do mnie. Chciałem go pogładzić po głowie, ale kiedy spojrzałem na ręce, były całe ubrudzone moją krwią.
- Ja nie walczę, bo chce wygrać. Ja muszę wygrać – powtórzyła Charlotte z cichym parsknięciem. – Bardziej żenującego tekstu nie mogłeś wymyślić?
Mimowolnie poczułem jak robię się czerwony na twarzy.
- Z-zamknij się! – rany, dopiero teraz poczułem to całe zawstydzenie. I bądź tu facetem chcącym powiedzieć coś wyniosłego. No nie da się, po prostu się nie da.
Przyjrzałem się rozbawionej Charl. Nagle na jej skroni zauważyłem spływającą krew. Wzdrygnąłem się, bo ona chyba tego nie czuła, co mnie trochę zmartwiło. Tylko trochę. Prawie nieodczuwalnie. I po kij ja tak zaprzeczałem?! Musiał mnie nieźle walnąć, skoro miałem takie dziwne myśli.
Podszedłem do niej i zewnętrzną stroną dłoni odgarnąłem czarne włosy z jej czoła. Dostrzegłem duże rozcięcie, zanim zdążyła się ode mnie odsunąć z piskiem.
- C-C-Co ty robisz?!
- Ha? Krwawisz! – pokazałem jej wierz mojej dłoni, która jeszcze chwile temu była w miarę czysta. Charl wbiła we mnie nieufne spojrzenie i zaraz potem wytarła skroń ze skrępowaniem. To jednak pomogło tylko na chwilę, bo z rany zaczęło wypływać coraz więcej krwi.
Westchnąłem widząc nasz stan. Miała być to spokojna misja, a skończyło się na wielu zadrapaniach, siniakach i zakrwawionych ubraniach. A ja dodatkowo miałem teraz całe mokre buty.
- Daj spokój Lector, przecież nie umarłem – kucnąłem i mimo że nie chciałem go ubrudzić, to i tak go poklepałem po głowie, aby się uspokoił. Kot mruknął coś niewyraźnie, a potem pociągnął głośno nosem. Zrozumiałem wszystko. Umknęło mi tylko coś pomiędzy „jesteś idiotą” a „martwiłem się”.
- Idziemy po kasę i wracamy – powiedziałem. Charl kiwnęła na to twierdząco głową i odwróciła się w stronę wyjścia. Zrobiła ledwo dwa kroki, po których zatoczyła się i upadła na twarz, jęcząc coś przy tym z bólu.
Wywróciłem oczami.
- Albo wracajmy od razu.

***
- Młodzi mają tyle energii - zaśmiał się Myin kończąc mi wiązać bandaż na brzuchu. Obserwowałem każdy jego ruch, który robił badając mnie i leżącą w sąsiednim łóżku Charl. Nie ufałem mu, za cholerę mu nie ufałem. Wiedziałem jednak, że z takimi ranami musieliśmy się udać do niego. Zdawałem sobie sprawę z tego, że właściwie to mogłem iść poszukać jakiegoś lekarza w tym mieście obok, no ale taki lekarz za dużo by nam nie powiedział. Zwykłe leczenie chorób i przeziębień to było zupełnie coś innego niż sprawdzenie i opatrzenie obrażeń po atakach magicznych. Normalny lekarz nie byłby w stanie stwierdzić, czy przez te obrażenia będziemy coś czuć w późniejszym czasie albo czy jakaś cząstka obcej magi przypadkiem nie dostała się do naszych ciał.
- Dobra… - zaczął znużony Rogue. – Kto pomyślał w pierwszej chwili, że to oni się tak zmasakrowali, łapa w górę.
I wszyscy podnieśli ręce do góry.
- Czy ja wam wyglądam na jakiegoś damskiego boksera? – spytałem mierząc każdego wzrokiem. Widząc zamyślenie na twarzy Orga i Rufusa od razu ich skreśliłem, Rogue wzruszył ramionami, a Yukino odwróciła wzrok. Ściągnąłem brwi. – Precz.    

środa, 8 lipca 2015

Wykiwany smoczuś #04

Kobiety to zuo.


Duża sala, wyglądem przypominająca jakiś sklep z błyszczącą wystawą. Wszystko aż waliło po oczach swoimi kolorami i czystością. Nie żebym był przeciwny, ale mimo wszystko po wyjściu z ciemnych, więziennych krat jakoś nie zdążyłem się przyzwyczaić do jakiś przyjaźniejszych barw.
- Nie spodziewałam się tego po tobie Stingu Eucliffe – odparła surowo Księżniczka Hisui mierząc mnie i dwie dziewczyny od stóp do głów. – Myślałam, że jako Mistrz Sabertooth i dzielny wojownik podczas walki ze smokami, wykażesz się większą rozwagą.
Och, jak ja to uwielbiałem.
Była młoda, mogłem strzelać, ale chyba bym się nie pomylił gdybym powiedział, że młodsza ode mnie. Mimo to zachowywała się tak jakby już dawno miała pięćdziesiątkę na karku i pół życia za sobą. Kto w tych czasach używa takiego wyrafinowanego języka? I nie, to na pewno nie było dlatego, że była księżniczką Fiore. Przecież nikt jej nie kazał mówić w ten sposób… Prawdopodobnie.
Sam sobie zaprzeczałem. Z jednej strony irytowała mnie, bo miałem wrażenie, że patrzy na nas z góry. Z drugiej była wkurzająca, bo jeśli serio ją tak uczyli, to rozumiem mówienie tak do osób starszych czy jakiejś szlachty. No ale bez jaj, byliśmy prawie w tym samym wieku, musiała tak bardzo pokazywać, jak bardzo się od siebie różnimy statusem?
- Właściwie to ja też się nie spodziewałem, że zostanę zamknięty z nimi na całą noc – spojrzałem w stronę stojących obok mnie dziewczyn. Po chwili znów wróciłem wzrokiem do siedzącej na tronie księżniczki unosząc przy tym ręce w kajdankach blokujących magię. – Mogę już sobie iść?
- Nie.
- Tak myślałem – westchnąłem. Poczułem dźgnięcie w okolicy barku i gwałtownie odwróciłem głowę, wbijając mordercze spojrzenie w sztywnego z powagi Arcadiasa. – Coś nie tak, panie władzo? – Dodałem złośliwie.
- Zachowuj się, stoisz przed księżniczką całego Fiore.
Wywróciłem oczami. Zdusiłem w sobie silną potrzebę powiedzenia, że nie widzę jej pierwszy, ani ostatni raz i po chwili zacząłem się zachowywać jak porządny obywatel. Albo chociaż, próbowałem.
- Przecież mówię do cholery, że nie mam z tym nic wspólnego!
- Akurat! To był twój pomysł! – rzuciła Charl robiąc oczy zbitego psa w stronę zielonowłosej. Powinna się cieszyć, że stała między nami Weisslogia, inaczej nie miałbym problemu by ją walnąć.
Na twarzy Hisui pojawił się dziwny uśmieszek. Złapała za jakiś zwinięty papier, leżący na małym stoliczku, obok jej tronu. Gdy go rozwinęła, lista rozciągnęła się, aż po nasze nogi.
- Charlotte Blacke. Przekręty, małe kradzieże, zorganizowane napady, podopisywanie nielegalnych kontraktów, ogólne łamanie przepisów miejskich, wszczynanie bójek, obraza rodziny królewskiej, zaatakowanie przechodnia z użyciem magii…
- Ej, ej! Sam się prosił, frajer! – fuknęła. Musiałem przyznać, że nieźle sobie wyrobiła reputacje.
- Jeszcze dopiszcie zniszczenie gildii Sabertooth i będzie po sprawie – dodałem zauważając brak. Czarnowłosa wydała z siebie warknięcie, które było prawdopodobnie wyrazem niezadowolenia, że jeszcze bardziej ją pogrążam.
- Dobrze, wezmę to pod uwagę. Teraz myślę, że umieszczę was w tym samym więzieniu, aż do przejęcia sprawy przez Erę…
- Moment! – przerwałem jej i uniknąłem kolejnego ciosu od Arcadiasa. – Czyli mam rozumieć, że ja też? Przecież jestem niewinny za to włamanie! Mówiłem już! Chciałem pomóc!
Hisui zmarszczył brwi i spojrzała na mnie, jakbym był najgorszym oszustem na świecie.
- Dowiedziałam się, że rozmawiałeś ze strażnikami w czasie włamania. Skąd mogę mieć pewność, że tu nie chodziło o odwrócenie ich uwagi? – rzuciła podejrzliwie, a na opuściłem bezradnie ręce.
Nie chciałbym, tak jak Charlotte mieć teraz długiej listy, na której znalazłaby się obraza rodziny królewskiej, ale w tym momencie miałem wielką ochotę powiedzieć jej coś nieocenzurowanego. Naprawdę, zalewający się łzami król i głupia księżniczka, która właściwie nie robi nic dobrego, tylko sprawia problemy. Przecież kto był prawdziwym mózgiem tego całego Projektu Zaćmienie? Ona. A jak była ta afera z duchami Yukino? No tak, właściwie jedno wynikało z drugiego. Wciąż jednak tylko siedzi i nawet nie pomyśli, że ktoś może mieć problemy z jej bezpodstawnego oceniania sytuacji.
- Arcadiasie, proszę wyprowadź tą dwójkę
- Dwójkę? – powtórzyłem w tym samym momencie co Charl. Mężczyzna nic nie powiedział, jedynie złapał nas za ubrania i pociągnął do tyłu. – Ej! Zaraz! Ale czemu?!
Syknąłem widząc jak Hisui podchodzi do Weisslogi, a następnie zaczęły rozmowę, podczas której kajdanki na nadgarstkach białowłosej uderzyły głośno o podłogę.
- Cholerny biały pies królestwa – mruknęła pod nosem Charl, wyraźnie niezadowolona z tej całej sytuacji.
Wcale jej się nie dziwiłem.

***
Rzucił nami jak workami na ziemniaki wprost do brudnej i zasikanej przez przerażonych więźniów celi. Miło wrócić na stare śmieci. Nie, zaraz, to nie tak miało być! Cholera.
Wiedziałem, że to nic nie da, ale po raz kolejny uderzyłem pokrytą światłem pięścią o kraty, które jedynie odbiły dźwięk. No i przy okazji mnie, przez co upadłem, uderzając tyłem głowy o jeden z wystających kamieni.
Charl spojrzała na mnie jak na idiotę.
- Może dasz sobie spokój?
- Może ugryziesz się w dupę? – warknąłem, a ta zrobiła urażoną minę. – Myślisz, że przez kogo tu siedzę?
- No chyba nie myślisz, że przeze mnie!
- Zapomniałem! Przecież to Hisui, sama wybiła szybę i weszła do własnego zamku!
Po dłuższej chwili pełnej namysłu zapytała:
- Długo się znacie, że już jesteście na „ty”?
- Nie zmieniaj tematu! – warknąłem. Dziewczyna w przeciwieństwie do mnie dobrze się bawiła w celi, rzeczywiście musiała się tu czuć bardzo swobodnie. Nie dziwie się, pewnie dużo razy siedziała za te wszystkie wykroczenia. Ciekawe ile ona ma lat. Tyle kar, a ona wciąż wydawała się być młodsza ode mnie.
- Dobra, uspokój się smoczusiu – prawie się nie złożyła wpół ze śmiechu kiedy to powiedziała.
- Smoczusiu? – powtórzyłem czując jak ogarnia mnie zażenowanie. – Więc jednak wiesz, że jestem Smoczym Zabójcą. Kłamałaś, jak mówiłaś, że mnie nie znasz.
- Może tak, może nie – rzuciła i po chwili głośno ziewnęła. Ale ja i tak wiedziałam, że na pewno nie jest zmęczona. Po takim napadzie śmiechu jaki odstawiła nikt nie byłby zmęczony. Po za tym na zewnątrz prawie wschodziło słońce. Dało się jej zobaczyć przez małe okienko w celi. Dobra, żeby nazwać to oknem, trzeba byłoby rozwalić jeszcze dwadzieścia takich dziurek. To była zwykła brakująca cegła w ścianie, dzięki której dostawało się trochę światła i świeżego powietrza. Do rzeczy, czy naprawdę jej się opłacało iść teraz spać?
Przekręciła się na bok, twarzą do ściany. Usłyszałem jej ciche mruknięcie:
- Daj odpocząć, a nas uwolnię.
Westchnąłem. Wiara w kobiety jakoś do niczego mnie do tej pory nie doprowadziła.
Gdybym wtedy nie zaczął szukać Weisslogi, nie znalazłbym się w Crocus. Jakbym nie posłuchał leżącej na podłodze dziewczyny, nie siedziałbym zamknięty w więzieniu i nie zostałbym oskarżony o współudział we włamaniu do pałacu. Ciekawe co by się stało, gdybym posłuchał mało rozgarniętej złodziejki…
To może jednak sam pokombinuje z tym oknem.
Przyjrzałem się mu dokładnie i stwierdziłem, że z łatwością mogę rozwalić tą ścianę. Tutaj na pewno nie było żadnych zabezpieczeń. Uśmiechnąłem się pod nosem, a moja pięść pokryła się białym światłem.
- Weź… - usłyszałem zaspany głos dziewczyny, która pociągnęła mnie za kamizelkę do tyłu. Spojrzałem na nią z góry. Dziwne, ale naprawdę wyglądała na śpiącą.  – Już nas wypuszczę, zanim narobisz hałasu.
Uniosłem brew i skrzyżowałem ręce na piersi opierając się o ścianę, którą chciałem jeszcze chwile temu rozwalić. Byłem ciekaw, jaki ta czarnulka ma plan. Z rozbawieniem przyglądałem się jak próbuje rozpracować mechanikę zamka. Doprawdy, wyglądała w tym momencie bardziej jak jakaś parodia złodzieja, niż jej prawdziwa wersja.
Tak mniej więcej po dziesięciu minutach i dwóch zabitych przeze mnie muchach, które latały mi przed twarzą, odwróciła się nerwowo zagryzając dolną wargę. Oho, jak nic, będzie miała jakąś sprawę.
- Nie będę obwijać w bawełnę. Wypuszczę nas pod jednym warunkiem – wiedziałem.
- Czego w takim razie żądasz dobra… – udałem, że się krztuszę – …kobieto.
- O rany, gorzej trafić nie mogłam – westchnęła rozmasowując zmarszczki na czole otwartą dłonią. Dziwne, ale wyjęła mi te słowa prosto z ust. – Potrzebuje jakiegoś miejsca, żeby się na chwile ukryć. Uwolnię nas, jeśli przyjmiesz mnie na chwilę do gildii.
- Tylko tyle? – zapytałem. Pokiwała twierdząco głową. – Aaa, w takim razie… nie.
Charl otworzyła szerzej usta i rozłożyła ręce.
- Co? Czemu?! To jest przecież dobry układ! – podniosła głos, ale nie krzyknęła. Prawdopodobnie po to, by nie zwabić do nas strażników. A jednak coś tam umiała myśleć.
Zmarszczyłem brwi, a następnie puknąłem ją w czoło.
- Uciec mogę bez twojej pomocy – wskazałem kciukiem do tyłu na ścianę. – A po za tym myślisz, że skoro uciekłem razem z tobą, to nie będą cie szukać w Sabertooth?
- Tak – powiedziała krótko z wielką pewnością w głosie. – Po za tym nie uciekniesz bez mojej pomocy. Jeśli chcesz, możemy się założyć ile czasu zajmie strażnikom złapanie cię.
- Teraz tym bardziej cię u siebie nie chce.
- No weź! – jęknęła łapiąc się mojego ramienia. – Co ci szkodzi…
- Moje zdrowie psychiczne ucierpi na tym! – rzuciłem próbując ją odkleić od siebie. – Nie masz własnej chaty, czy jak?
Zastygła na chwilę w bezruchu, a następnie dziwnie umilkła. Odwróciła głowę w bok, wyglądając przy tym na zmartwioną. Stanęła do mnie plecami i położyła dłoń w miejscu zamka na drzwiach.
- Nie będę w niczym przeszkadzać. Nawet mnie pewnie nie zauważysz. Po prostu… pozwól mi – powiedziała cicho, prawie bezgłośnie.
Muszę stwierdzić, że chyba stałem się strasznie miękki.
- Jeśli jesteś magiem, nie mogę ci zabronić wstąpienia do gildii. Właściwie możesz nam pomóc ją naprawić, bo to w sumie twoje dzieło – rzuciłem bez namysłu, całkowicie zgadzając się na jej plan. Naprawdę, że też doszło do tego, że tańczyłem jak mi jakąś laska zagrała.
Charlotte uśmiechnęła się w moją stronę z ulgą wypisaną na twarzy, a następnie weszła w cień rzucany przez jedno z łóżek. Przeszła w postaci ciemnej plamy przed kraty i pojawiła się z drugiej strony. Zaczęła zmienionymi w cień palcami grzebać coś w zamku. Przez chwilę myślałem, że teraz mi pomacha i sobie ucieknie sama. Jednak odetchnąłem, kiedy drzwi nagle otworzyły się na oścież.
Wszystko było ładnie, super i ekstra. Ale jedna rzecz mnie zastanawiała.
- Czemu nie zrobiłaś tego wcześniej? – zapytałem półszeptem kiedy szliśmy korytarzem w stronę drewnianych drzwi.
- Ponieważ kundel był z nami. Gdyby się dowiedziała, jakim cudem uciekam, już dawno by się zabezpieczyli.
- Kundel? – powtórzyłem. Rzeczywiście, już wcześniej tak nazwała Weisslogię. Musiały się w takim razie nieźle znać.
Zatrzymała się nagle, tuż zanim zdążyła pociągnąć za klamkę.
- Sting… Lubisz walczyć, prawda? – zapytała. Zrobiłem minę, jakby pytała o coś oczywistego. Który mag nie uwielbia tego uczucia walki? Uśmiechnęła się widząc moją odpowiedź i pociągnęła za klamkę w dół. – Bo mamy towarzystwo.
Światło z holu uderzyło wprost na nas. Ta sala jak większość innych była wielka, albo może się taka wydawała przez wysoki sufit. Miałem czasem wrażenie, że zaprojektowali ten zamek jak dla jakiegoś olbrzyma. Nawet podłoga wydawała się być z jakiegoś porządnego marmuru, pewnie po to by się nie zapadła, jakby jakiś gigant tędy przechodził… Boże, jaki ja jestem głupi.
Towarzystwem, o którym mówiła Charl,była stojąca przed nami Weisslogia. Wcale nie wyglądała jakby chciała się przyłączyć do naszej wesołej eskapady. Zaraz, wykreślam to przedostatnie, mi wcale nie było wesoło.
- Zawróćcie – rozkazała. Czy ona naprawdę miała nadzieje, że grzecznie pokiwamy głowami i cichutko wrócimy do tych odrażających cel? Jeśli tak, to nieźle się pomyliła.
- Chyba śnisz – powiedzieliśmy wspólnie z Charl. Weisslogia zmarszczyła przez to brwi i zacisnęła palce w pięści.
- To zmuszę was do tego siłą – warknęła wyciągając dłoń przed siebie. – Święta No
- Ryk Białego Smoka! – wypuściłem z ust tornado światła, zanim zdążyła cokolwiek zrobić. Nie trafiłem jej, bo zdążyła szybko ominąć mój atak, ale to nie był żaden problem.
Stojąca obok mnie Charl znów zmieniła się do postaci cienia i ruszyła na nią szybko. Weisslogia nie wiedziała, na kim skupić uwagę i ostatecznie wybrała bliższą dziewczynę. A to był błąd.
Czarnowłosa wyskoczyła tuż nad nią, a w tym samym momencie wszystkie cienie w pomieszczeniu stały się pod jej kontrolą i mocno obwinęły białowłosą. Dało mi to możliwość bezproblemowego trafienia.
- Święty Podmuch! – ryknąłem rzucając kulę białego światła w stronę przeciwniczki. Wcale nie chciałem używać jakiś wielkich ataków ze względu na to, że walka do początku była nierówna i skazana na jej porażkę. Była przecież z Edolas i ledwo potrafiła używać magii, a do tego jeszcze walczyła na dwóch magów.
I tak jak myślałem, po czymś takim już była cała poobijana i ledwo mogła się ruszyć. Kiedy Charlotte ją wypuściła, białowłosa upadła na twarz nie mogąc nic zrobić.
Blacke wbiła zadowolony wzrok w przeciwniczkę i pokazując jej język przeskoczyła nad nią, a potem podbiegła do mnie. Złapała mnie za nadgarstek i z szybkością, jakby się coś paliło zaczęliśmy biec w stronę wyjścia.
Wyrwałem się jej dopiero po chwili, bo głupio się czułem będąc ciągnięty przez jakąś dziewczynę, której nawet nie trawiłem. Nie przerwałem jednak biegu, ponieważ wiedziałem, że strażnicy na pewno nas gonią. Zdałem sobie wtedy sprawę, że równie dobrze mógłbym wyjść rozwalając tamtą ścianę, bo z cichej ucieczki nic nie wyszło. No trudno. Ważne, że się udało.

***
- Ała! – powiedziałem kiedy Rogue uderzył mnie w tył głowy. – Za co?
- Za jajco. Szwendasz się po Crocus w poszukiwaniu jednaj laski, a sprowadzasz drugą – skrzyżował ręce na piersi i zmierzył przeciągłym spojrzeniem rozglądającą się  po wielkim hotelu Charlotte. Swoją drogą, wyglądała na bardzo zaskoczoną i wesołą będąc w takim miejscu. Sam poczułem się lepiej kiedy w końcu dotarliśmy do tego miejsca. Uśmiech sam pchał się na twarz, na myśl o tym, że zaraz walnę się do miękkiego, hotelowego łóżeczka.
Skrzywiłem się jednak, bo widziałem złość w oczach przyjaciela. Dobrze, że nie było z nim Yukino, bo byłoby to czyste combo wściekłości. Ciekawe jak miałem mu teraz powiedzieć o tym, że przyjmuje tą nową do gildii, a no i trzeba było wspomnieć o moich odwiedzinach u księżniczki.
- No tak. Możecie się poznać czy coś, bo ona do nas dołącza przez to, że uwolniła nas z więzienia w zamku. A, i to ona rozwaliła nam gildie, ale tym się nie przejmuj, bo…
- Czy ja się przesłyszałem? ZAMKNĘLI CIĘ W WIĘZIENIU? – i po kij on się tak darł?
- No tak, to właśnie powiedziałem.
- I to jeszcze ona rozwaliła naszą gildię? Powiedz, że sobie jaja robisz z tym przyłączeniem jej do nas – syknął widząc jak dziewczyna zaczyna rozmowę z gościem od obsługi hotelu, po chwili facet był tak czerwony na twarzy jak jego głupia marynareczka. – Będą z tego tylko kłopoty.
- Nie musisz mi tego mówić – westchnąłem.
Dziewczyna podeszła do nas, w dłoni trzymała jakąś karteczkę.
- Okej, już wiem jak ten ładniutki ma na imię – zacichotała odwracając się w stronę recepcjonisty i puściła mu oczko z zalotnym uśmiechem na twarzy. Mimowolnie spojrzałem w jego stronę i dokładnie się mu przyjrzałem. Miała jakiś dziwny gust. No ale, co mnie to miało obchodzić?
Przespaliśmy się w hotelu, a następnego dnia, po wielkim ochrzanie od Yuikno i całej reszty, wsiedliśmy do morderczego pociągu, gdzie Charl cały czas zwijała się ze śmiechu widząc moją zieloną twarz. Właściwie to też miałem niezły ubaw, kiedy udałem kilka razy, że chce na nią zwymiotować, a ta przeraźliwie piszczała. W taki właśnie sposób minęło to przeklęte kilka godziń, po których dotarliśmy do naszego miasta.
Charl dostała znak gildii na prawej stronie brzucha, jakoś mnie ten wybór nie zaskoczył. Mimo że przez cały czas byłem sceptycznie nastawiony do tego wszystkiego, to naprawdę nie czuło się jakiejś wielkiej zmiany. Postarała się nawet i zarywając nockę, ogarnęła całą naszą gildię.
Wszystko powoli wracało do normalności z jednym dodatkom członkiem. Dopóki nie przyszedł jeden liścik od królestwa.
Kopnięciem otworzyłem drzwi od pokoju dziewczyny. Wzdrynęła się, słysząc głośne uderzenie i otworzyła zaspane oczy. Faktycznie, przylazłem przecież o czwartej nad ranem, czego mogłem się spodziewać?
- Pogięło cię, że tak wcześnie? – mruknęła niewyraźnie, próbując się podnieść.
Wyprostowałem zgięty ze wściekłości papier i zacząłem czytać:
- Z racji tego, że Charlotte Blacke dołączyła do gildii Sabertooth, wszystkie jej wykroczenia zostały usunięte, a rachunek za zniszczenia wysłany do Mistrza – znowu zgniotłem papier i rzuciłem zwiniętą kulką w jej czoło. – Więc taki miałaś plan?! Wiesz ile tam jest zer?!
Rozmasowała z uśmiechem czerwone miejsce od uderzenia i pare razy zamrugała.
- Ciesz się, miałam zamiar zwiać zaraz po tym, ale jakoś mi się tu spodobało – wystawiła język. – Zapowiada nam się chyba długa współpraca, co?
- Oh... – powiedziałem tracąc zdolność mówienia. Nie wiem, czy było to wywołane późną godziną, czy tym, że miałem teraz trzymać ją u siebie, aż spłaci dług. Wiem jedynie, że wahałem się między uduszeniem, a wyrzuceniem jej przez okno. – Nigdy więcej nie słucham kobiet.


środa, 1 lipca 2015

Wariatka, oszustka i... #03

Sarkazm. W ofercie również inne usługi.


- Ostatnia szansa?
Próbowałem rozchylić powieki, a jednocześnie zorientować się względem otoczenia, ale nie wychodziło mi ani z jednym, ani z drugim. Potem spróbowałem usiąść. Podobnie jak w przypadku prostych czynności – mówić łatwo, zrobić trudniej.
Po krótkim wysiłku, kiedy to miotałem się niczym jakaś wysuszona ryba na plaży – udało się. Zdołałem nawet się rozejrzeć po pomieszczeniu i co dziwne połączyć wątki. Krzycząca czarnowłosa, siedząca w kącie oszustka, kraty, i przeszywający ból na plecach. Chyba nas wpakowali do więzienia. Wspaniale.
- Jestem niewinna! To oni mnie namówili! – wrzasnęła po raz kolejny czerwonooka i wskazała na nas dłońmi, które następnie złożyła jak do modlitwy.
- Wariatka i oszustka, lepsi towarzysze się nie mogli trafić – wychrypiałem.
Dziewczyna chyba nie była zadowolona z tego jak ją nazwałem i wbiła we mnie jakieś swoje mordercze spojrzenie. Chyba miałem się przez to przestraszyć, czy coś.
Zignorowałem ją i powoli zacząłem się rozciągać. Krzywiłem się, nawet przy najmniejszym ruchu, a przecież mnie tylko sparaliżowali.  Moja posiniaczona szczęka mówiła jednak coś innego. Kopali mnie jak spałem, czy jak?
Jakoś już bardziej żywy zawlokłem się pod kraty, szukając wzrokiem jakiegoś strażnika. W końcu ten się pojawił. Czarnowłosa dziewczyna znów zacisnęła dłonie na kratach. Mogłem się tylko modlić, by ta akurat siedziała cicho, aż sam skończę rozmawiać, ale niestety, nic z tego.
- Zaszła pomyłka – zacząłem. Strażnik zatrzymał się tuż przy nas. Nie wiem czemu, ale miałem wrażenie, że bawi go takie spoglądanie na nas z góry. Może miał wrażenie, że nabawimy się przez to kompleksu niższości i będziemy stanowić świetną rozrywkę jako popychadła.
- No właśnie! Jestem niewinna! Tamta mnie pobiła, a ten chciał… - zmierzyła mnie wzrokiem i się skrzywiła, by następnie spojrzeć na strażnika z przerażoną miną. – Proszę, nie zostawiaj mnie z tymi psami.
- Słuchaj – w końcu się do niej odwróciłem. – Denerwujesz mnie już. Zamknij się albo źle skończysz, chociaż nie przepadam za walkami z kobietami.
- Widzi pan?! – pisnęła. Strażnik jedynie parsknął pod nosem i oddalił się od nas. Czarnowłosa uderzyła pięścią w kraty, a następnie zacisnęła zęby i złapała mnie za kamizelkę. – Podobam ci się, prawda? Więc mi pomóż do cholery. Powiedź, że mnie namówiłeś czy coś.
Uniosłem jedną brew. Dziewczynka urwała się nie wiem skąd, ale musieli ją tam nieźle młotkiem w dzieciństwie bić skoro coś takiego wymyśliła.
- Okej – uśmiechnąłem się miło. – Zrobię to. – Tak naprawdę to nie, ale fajnie jest mieszać ludziom w głowach.
- Poważnie? – zapytała, jakby sama w to nie wierząc.
- Nie – złapałem za jej dłoń i odczepiłem od swojej kamizelki. Wyprostowałem się, wstając na równe nogi i przeciągając rozejrzałem się po pomieszczeniu. Były to zwykłe, podziemne cele do przetrzymywania kryminalistów. Dostaliśmy nawet łóżka, miło. Szkoda tylko, że nie miałem ochoty zostawać tu na dłużej.
Nie wyczuwając na kratach żadnej anty-magicznej bariery nie myślałem za wiele i zacisnąłem dłoń w pięść, która pokryła się białym światłem.
- Pięść Białego Smoka! – krzyknąłem, a następnie mocno zamachnąłem się celując w kraty. No i mogłem się domyślić, że nie będzie tak łatwo. Materiał z jakiego zostały wykonane te pręciki był jakiś strasznie mocny i nawet mój atak nie zdołał go rozwalić.
Zatoczyłem się do tyłu, wyprostowałem, a potem niezłomnie uderzyłem znowu. Nie powstrzyma mnie jakieś głupie więzienie. Moi przyjaciele czekają, cholera.
- Dasz sobie już spokój? Rano i tak nas wypuszczą. – mruknęła siedząca do tej pory oszustka.
Odwróciłem się do niej, a potem zerknąłem na siedzącą obok czarnowłosą, która również się nią zainteresowała. Popatrzyłem na dziewczynę numer jeden i zapytałem:
- Mam siedzieć razem z wami, mimo że tak naprawdę z naszej trójki tylko ja jestem niewinny?
- Jedyną winną jest nasza złodziejka. Ja również tu siedzę przez nią, a jakoś potrafię siedzieć na miejscu i nie płakać jak dziecko…
Ściągnąłem brwi, groźnie wpatrywałem się w nią chwile, po czym skrzyżowałem ręce na piersi.
- No to dowaliłaś. Chcesz mi powiedzieć, że za zniszczenie mojej gildii też nie jesteś winna? – zapytałem. Ta jednak zamiast cokolwiek odpowiedzieć, najpierw wskazała na siedzącą obok mnie dziewczynę numer dwa.
- Dla twojej wiadomości goniłam ją. Jak już przyszłam wszystko takie było.
- Jasne idiotko, oszukałaś mnie – warknęła czarnowłosa. Widzę, że mamy coś wspólnego.
- Taka praca – odpowiedziała jej wzruszając ramionami.
Irytowały mnie. Cholernie mnie irytowały. Czy w tym wszystkim miałem chociaż cień szansy by dowiedzieć się jak było naprawdę?
- Czyli wszystko sprowadza się do ciebie – zwróciłem się do czarnowłosej. Znów spróbowała swoich sił w dziedzinie morderczych spojrzeń. Ja starałem się nie roześmiać, co nie było trudne, ponieważ nie było mi do śmiechu.
Zmierzyła mnie od stóp do głowy, po czym zagryzła dolną wargę.
- A kim ty właściwie jesteś?
Przez myśl mi przemknęło, czy zabrzmiałoby głupio, gdybym powiedział „twoim najgorszym koszmarem”.
- Byłoby miło, gdybyś wiedziała czyje gildie demolujesz – warknąłem przypominając sobie o tym co widziałem - całkowicie zniszczone pomieszczenia. Już pomijam pokój Myina. Znając życie, gdy wróci to nawet nie zauważy, że nie ma ściany. No chyba, że zacznie się zima i będzie mu do środka padać śnieg. Wtedy dopiero może zacząć coś podejrzewać.
- Zdemolowałam tylko jedną gildię Sabertooth. A z tego co widzę, coś za młody jesteś jak na Mistrza takiej gildii. Więcej grzechów nie pamiętam – wzruszyła ramionami, a ja poczułem, że mnie coś zaraz trafi.
- Och – powiedziałem wykreślając ze swojej wypowiedzi niepotrzebne wyzwiska. – To chyba cię zaskoczę, ale to moja gildia.
Ze spojrzeniem czerwonych oczu utkwionym we mnie za wstrząsającą intensywnością, dziewczyna westchnęła, a następnie znów zacisnęła dłonie na kratach, próbując je wyrwać.
- Halo! Chcą mnie zabić! – wrzasnęła. Zaciekawiony strażnik w końcu przyszedł. Czarnowłosa się wyprostowała, a ten popatrzył na nas wszystkich z drwiącym uśmieszkiem na twarzy. Widać się bardzo dobrze bawił. Tak dobrze, że nawet nie zdążył zareagować kiedy złapałem go za jego koszulkę i przyciągnąłem do siebie.
- Możesz się przestać tak uśmiechać? Obrzydzasz mnie – warknąłem. Strażnik wyrwał się, prawie nie upadając. Zamiast jednak odpowiedzieć, uciekł mrucząc coś pod nosem ze zmarszczonym czołem. Cóż, przynajmniej nie było mu już tak wesoło. Byłoby miło, gdyby już nie wrócił.
- Nie chce cię zabić – zwróciłem się do czarnowłosej, a potem usiadłem na jednym z łóżek. Może było tak, jak Weisslogia mówiła. Może wystarczyło tylko poczekać do rana? Chociaż, robiło się już źle skoro zaczynałem tak nazywać tą laskę.
Czerwonooka spojrzała na mnie podejrzliwie, po czym puściła kraty i skuliła się pod nimi podciągając nogi do siebie.
- Charlotte – mruknęła speszona. Ciekawiło mnie, czy sprawdzała przez to, jak dobry mam słuch, czy po prostu tak sobie rzuciła swoje imię. Bo to chyba było jej imię, prawda?
Nastąpiła chwila ciszy, po której dziewczyna w końcu nie wytrzymała.
- Też mógłbyś się przedstawić! – moja mina musiała być w tym momencie bardzo zabawna, bo usłyszałem ciche parsknięcie ze strony Weisslogi. Cholera, musiałem szybciej poznać jej prawdziwe imię, bo jakoś było mi strasznie niewygodnie używać w ten sposób imienia mojego ojca.
- Ty naprawdę nie wiesz kim jestem? – zapytałem, a ta pokiwała przecząco głową. Westchnąłem ciężko. Druga dziewczyna starała się nie wybuchnąć śmiechem. Dziwne, ale szczerze mówiąc wyglądała lepiej z tymi rumieńcami na twarzy i z uśmiechem, niż z kamienną miną. – Sting Eucliffe.
Skinęła głową, a długie włosy opadły jej na twarz.
- A ty coś powiesz? – zapytałem Weisslogi. Słyszałem własny głos, jakbym znajdował się na zewnątrz mojej głowy.
Dziewczyna chyba nie wiedziała o co mi dokładnie chodzi. Bo właśnie to wywnioskowałem z tej zaskoczonej pytaniem miny.
- Nie znam cię, a jednocześnie odnoszę wrażenie, że jesteś kimś ważnym. Używasz imienia mojego ojca, a nawet i jego magii, której mnie nauczył – skrzyżowałem ręce na piesi i spojrzałem na nią groźnie. – Nic nie sugeruje, ale byłoby miło gdybyś powiedziała kim właściwie jesteś.
Weisslogia spojrzała na mnie krzywo, po czym przeniosła wzrok na równie zainteresowaną jej osobą Charlotte. Coś wewnątrz mojej głowy mówiło mi, że te dwie chyba za sobą nie przepadają. No tak, przecież goniły się już od kiedy Charl zdemolowała Sabertooth, przynajmniej tyle zrozumiałem. W  związku z tym chyba łatwo się domyślić, jak bardzo roznosiła je złość.
- Mam mówić przy tym… czymś? – wskazała na czarnowłosą.
- O proszę, więc pani „święta” – Charlotte uniosła dłonie do góry, robiąc w powietrzu cudzysłowie. – Jednak nie jest aż tak wspaniała i ma coś do ukrycia?
Białowłosa zmrużyła oczy.
- W przeciwieństwie do ciebie pierwszy raz jestem w więzieniu. Czujesz się tu pewnie jak w domu, skoro mnie tak swobodnie obrażasz, co?
Charlotte wstała i wpatrywała się w nią z miną, która nic dokładnie mi nie mówiła. Nie wiedziałem więc, czy te słowa ją zezłościły, czy zadowoliły. Dopiero kiedy zacisnęła dłonie w pięści mogłem wywnioskować, że się porządnie wkurzyła.
- Lepiej skończ temat mojego domu, albo ta twoja blada buźka nabierze krwawych odcieni.
- Oj zamknijcie się już – rzuciłem błagalnym tonem. Obie wbiły we mnie swoje mordercze spojrzenia. I tym razem musiałem przyznać, że wyglądały naprawdę groźnie. Z wkurzonymi laskami to jednak lepiej nie dyskutować.
- Powiem ci, ale tylko dlatego, że mnie oboje irytujecie – warknęła.
- Przyganiał kocioł garnkowi – wyrwało mi się, ale widocznie zmusiła się by to zignorować. Miałem wrażenie, że przez te parę sekund wciąż powstrzymywała się, by nie wstać i mi nie przyłożyć.
Stojąca obok Charl dopiero teraz załapała, że mówiłem też o niej.
- Ej. Wredny jesteś – stwierdziła krzyżując ręce na piersiach. Sam zaś wzruszyłem ramionami, ciekawe ile jeszcze razy to usłyszę.
- Wracając do tematu – zaczęła Weisslogia. – Pochodzę z Edolas. I zanim zaczniesz się drzeć… daj skończyć. – Powiedziała widząc jak powoli otwieram usta, by jej przerwać. – Jak pewnie wszyscy wiedzą, to inny świat, niemagiczny. Widzę, że mój ziemski odpowiednik był smokiem. Sama się zdziwiłam, ale to by wyjaśniało, skąd u mnie magiczne zdolności, których w Edolas nie posiadałam. Nie wiem co ci mogę jeszcze powiedzieć. Na pewno nie jestem dla ciebie nikim bliskim. I nie będę. Zaprowadzę tą tutaj do aresztu i więcej mnie nie zobaczysz – stwierdziła z pewnością w głosie. Rany, mówiła to wszystko w taki sposób, jakbym był jakimś zagubionym dzieciakiem, który na siłę szuka rodziny. Miałem już bliskich, inni nie byli mi potrzebni.
- To wciąż nie tłumaczy, dlaczego mnie zaatakowałaś w gildii. Po za tym skąd u ciebie taki mocny atak? Przecież ty… - nie byłem do końca pewny, ale gdybym nazwał ją „patykiem” to chyba mogłaby się obrazić, prawda? – Nie jesteś zbytnio umięśniona. – Powiedziałem, ale mimo to wciąż wyglądała na urażoną. Rany, nienawidzę mówić o wyglądzie. Zawsze uda mi się kogoś obrazić, nie ważne jak bardzo chce wybrnąć.
- Myślałam, że jesteś jej wspólnikiem. A ten atak to zwykła sztuczka. Uderzenie z dobrą siła we właściwe miejsce i taki otrzymujemy efekt. W Edolas nie mamy magii, więc aby walczyć trzeba umieć takie rzeczy.
- Fascynujące – odparła Charl niezbyt przekonująco. Widząc zdenerwowaną minę drugiej dziewczyny odwróciła głowę, udając, że ziewa, i że nic takiego nie powiedziała.
- No to tu już wszystko wiem  - spojrzałem na rozbawioną w tym momencie Charlotte. – Teraz twoja kolej.
- Myślałam, że już to przerabialiśmy. Pamiętasz? „Więcej grzechów nie pamiętam”  - zacytowała własne słowa kładąc ręce na biodrach. – Czego ty jeszcze chcesz?
- Szukałaś czegoś w Sabertooth. Co to było? – nagle coś mi zaświtało w głowie. – I czemu właściwie… Weisslogia cię chce zamknąć? – Wciąż ciężko było mi ją tak nazywać. Rany, nie mogła sobie dać na Ziemi innego imienia?
Obie zmierzyły się wzrokiem, po czym w tym samym momencie fuknęły pod nosem i odwróciły głowy. Widzę, że niesamowicie za sobą nie przepadały.
- Jestem niezależną złodziejką. W twojej gildii miało być coś ważnego dla mojego klienta, ale to była jedynie zmyłka, zastawiona przez tą frajerkę.
- Ale się nabrałaś, więc nie wiem, czy to ja jestem tą ”frajerką” – zachichotała. Nie wiem czemu, ale mnie również to rozbawiło.
- Nie należysz do żadnej gildii, a latasz za każdym złodziejem! W sumie teraz to już tylko za mną, bo nie udało ci się mnie ani razu wsadzić do więzienia – uśmiechnęła się. Weisslogia słysząc jej słowa rozejrzała się po pomieszczeniu. Próbując nie wybuchnąć śmiechem pokiwała twierdząco głową. – Uduś się.
Zarzuciłem głową do tyłu, uderzając delikatnie o ścianę. Zapowiadała się w takim razie ciekawa noc. Wszystkie podejrzenia dotyczące tego, że były Mistrz miał coś do ukrycia okazały się być zwykłą zmyłką dla ganiających się panien? Świetnie. Ciekawiło mnie jednak jeszcze jedno.
Czy to spotkanie będzie miało jakiś związek w przyszłości?